
Wydawało mi się, że jestem bardzo samotna. Wydawało mi się, że brak samotności to duża rodzina, bracia i siostry, ciotki i wujkowie, siostrzenice z długimi warkoczami i dziadek wiecznie żywy, to rodzice do późnej starości trzymający się za rękę, to sąsiedzi zawsze gotowi by pomóc i z kubkiem parującej kawy zapukać, gdy drżeć będę z zimna, lub zwykłej, ludzkiej potrzeby by pogadać. Wydawało mi się, że brak samotności to duży dom z ogrodem i rodzina wyszywana wieloma pokoleniami...i doświadczeń, wspólnego trwania razem mimo wszystkiego, co się zdarzyło. Wydawało mi się, że mój brak w tym wszystkim zakotwiczenia, to, że tego wszystkiego nie dostałam od losu, od niesprawiedliwego jak mi się wydawało nieba sprawia, że jestem samotną kaleką pozbawiona rodzinnej łaski wsparcia, kul, które podeprą mnie gdy upadnę, gdy powinie mi się noga, gdy zachoruję, lub gdy po prostu zechcę pogadać, z braćmi, siostrami, ciotką, matką, babką, wujkiem specem od… i ojcem który ojcowskim ramieniem … itd. Wydawało mi się, że sama „wyprodukuję” taką rodzinę. Jestem kaleką. Tak można o mnie pomyśleć, i w sumie ten, kto tak pomyśli, będzie miał rację. Tak, nie mam żadnych podstaw, by powiedzieć: mam oparcie i jeśli cokolwiek się stanie… Nie mam, nie dane mi było. Jest mi przykro, gdy widzę jak bardzo jestem sama. Tak, w tym pojęciu samotności, lub jej braku jestem bardzo sama. Ale może tak mi się tylko wydawało, że brak samotności, to wszystkie wymienione przeze mnie punkty. A może brak samotności, to ogień w kominku u przyjaciółki i rozmowy z nią do rana i telefon od.. i troska i zapewniania obcych mi kiedyś ludzi, którzy tak bardzo niespodziewanie stali mi się bliscy, że są, że będzie dobrze, że przecież tylu ludziom tak czy inaczej pomagam, że jestem potrzebna, że to może i samotność pozorna, a może największy skarb…
Nigdy nie wiemy z jakim darem, z jakim garbem, z jaką pustką, czy jakim wypełnieniem przyjdziemy na świat, nie wiemy co ze sobą wnosimy do świata rodząc się w nim, tak naprawdę nawet nie wiadomo do kogo mieć o to żal, pretensje i fochy. I tak sobie pomyślałam, że to co nam dano i czego nigdy mieć nie będziemy, że to się nie zmieni. Tak jest i już. Ból samotności, czy złudzenia samotności, czy poczucia bycia samemu zawsze będzie, nie, nie ma takiego zaklęcia, ani takiej różdżki, ani nawet takiej modlitwy, która to zmieni. Przykro mi, nie ma. Ale może tak właśnie ma być? Może gdyby dano mi to, czego wydaje mi się, że tak bardzo mi brakuje, zostałabym boleśnie obdarta z innych darów? A
może zupełnie nie potrafiłabym się odnaleźć w tej nowej, wymarzonej rzeczywistości?
Nie będę udawać, straszliwie trudno jest być wdzięcznym, gdy czuje się żal. Zwyczajny żal i smutek. Długo to trwało ale pozbierałam się i idę naprzód.
Jednak można w sobie wypracować karmienie się tym, co nam dano, to naprawdę syci…